piątek, 8 stycznia 2010

Kilka obrazków z drugiej kliszy

W Hyde Parku. Pogoda pod psem.. nihil novi:


Na Covent Garden z ojcem:


Na Camden Town, dzielnicy najbardziej zwariowanego marketu na świecie:

środa, 6 stycznia 2010

Gdy przyjechałam w grudniu, jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziłam, był port.. gdzie indziej miałabym się udać? A tam wszystko po staremu..



wtorek, 1 grudnia 2009

Podczas wczorajszej drogi do pracy, naliczyłam pięć lisów, to swoisty rekord, do tej pory wczesnym rankiem widywaliśmy tylko pojedyńcze sztuki. To zabawne, ale w Polsce widziałam dzikiego lisa tylko raz w życiu. Ale tutaj miasto stało się ich środowiskiem naturalnym, oswojonym. Wychodzą ze swoich kryjówek, gdy śpimy i udają się na polowanie, przebierając w mnogości odpadków i szczurów... Nie zdawalibyśmy sobie sprawy z ich bliskiej obecności, gdybyśmy pracowali jak normalni ludzie.

środa, 28 października 2009

Pierwsza klisza z nowego aparatu (wreszcie!).

Kilka kroków od domu


Hammersmith Bridge


Modeluje przyszły szwagier

poniedziałek, 12 października 2009

Poniedziałek w parku

Najpierw długo, długo nie przyjeżdżał autobus do centrum. Potem, gdy już przyjechał, okazało się, że kończy trasę wcześniej, trzy przystanki przed miejscem, gdzie chciałam wysiąść. Gdy już dotarłam do parku, do miejsca, gdzie chciałam się rozłożyć, okazało się, że właśnie w tej części szaleje wielka, jeżdżąca, hałaśliwa suszarka, przedmuchująca liście z jednego miejsca w drugie..
Ale w końcu znalazłam spokojne miejsce i gromadkę wesołych wiewiórek, w towarzystwie których bawiłam się tak dobrze, że nawet nie zauważyłam, kiedy zgubiłam okulary..

Mały wycinek:


piątek, 9 października 2009

Game over



Hyde Park, Lipiec 2009

wtorek, 29 września 2009

Tak zawana szuflada

Z braku aparatu wrzucam stare zdjęcie, 29 kwiecień, Sobieska Wola, w chwilę po zachodzie słońca....

wtorek, 8 września 2009

Autonauci z kosmostrady.

Jest 5:30 nad ranem. Niby ranek, ale jedziemy przez ciemność nocy. Gdzieś daleko na wschodzie pierwsze promienie słońca przepędzają noc, a tu niebo wciąż czarne, smoliste.. Jedynie zerkając w prawo widzę, jaśniejące bladą, zielononiebieską łuną niebo, któremu daleko jednak do rumianych kolorów świtu. Dopiero, gdy po raz drugi odrywam wzrok od kierunku jazdy i patrzę w tę samą stronę, dostrzegam fakturę chmur, subtelną, grafitową koronkę, spowijającą niebo ponad czubkami drzew. Ten widok dodaje mi otuchy, dzień, który tak się zaczyna, nie może przynieść ze sobą nic złego.

Jest 5:30 nad ranem. Niby ranek, ale jedziemy przez ciemność nocy, która staje się jeszcze czarniejsza, gdy wjeżdżamy w odcinek autostrady pozbawiony latarń. Czuję, że natychmiast się odprężam, jak gdyby jazda po oświetlonych drogach wymagała ode mnie większego skupienia. Zdaje mi się, że znacznie zwolniliśmy, ale wskazówka prędkościomierza wciąż wskazuje na 90 km/h i dopiero wtedy dociera do mnie, że to nieskazitelnie równa nawierzchnia sprawia, że nie odczuwam tej prędkości. Staram się wyczuć jakąkolwiek nierówność, maleńką choćby łatę, złączenie, kamyk... ale van jedzie płynnie jak nigdy, nie napokawszy najdrobniejszej nawet przeszkody. Miękko przecinamy przestrzeń, kierując się cały czas na północ (czy też raczej - na spotkanie dnia), cortazarowscy autonauci z kosmostrady...

wtorek, 1 września 2009

Thames River