Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słownie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słownie. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 września 2010



Korzystając z tego, że deszcz zrobił sobie chwilę odpoczynku, wybrałam się na spacer. Ledwie zdążyłam zrobić kilka kroków, gdy usłyszałam za sobą stukot krótkich łapek, więc wróciłam się po smycz i poszłam razem z Miśkiem-przylepą.

Po raz pierwszy doszłam do końca wsi, a może nawet końca świata.. asfaltowa droga kończyła się, dalej było już tylko błoto gęsto zasłane kałużami. Po prawej stronie widać jeszcze jedną z tych malowniczych drewnianych chatek, skrytą za niewielkim sadem, w którym z kolei pasły się krowy (wyraźnie zainteresowane moim pojawieniem się, przyglądały mi się uważnie swoimi mądrymi, czarnymi oczyma).

Po lewej stronie garść pól, a dalej pokrywający wzgórze las pełen pożółkłych drzew. I nagle do mnie dotarło, że to już nieodwołalne. To jesień i znów jak gdyby lata nigdy nie było, jak gdyby powietrze zawsze było takie wilgotne i mgliste..

piątek, 3 września 2010

Lubię, gdy budzi mnie rano jego głośne mruczenie



Gdy się obudzi siada przed łóżkiem i mruczy. Mruczy. Mruczy. Lubię, gdy budzi mnie w ten sposób. Mrrr. Czy to normalne, że tak mały kot mruczy tak głośno? A on dalej mruczy, mrrr. "No, chodź" - mówię do niego wtedy, choć o każdej innej porze dnia wskakuje na łóżko bez żadnych zahamowań, ale widać, że ranek rządzi się innymi prawami..
Mrr, już jest przy mnie, mruczenie jeszcze się nasila, poczas gdy on zaplątuje swoje ciało z gumy w kłębuszek i tak zasypia jeszcze na godzinę, dwie.
Czasem mam wrażenie, że to jego chwila słabości, ten moment w ciągu dnia, gdy domaga się bliskości, mrrr...

wtorek, 27 kwietnia 2010

wtorek, 23 marca 2010

Wydaje mi się, że jestem już trochę za stara, by ciągle pytać się mamusi i tatusia o zgodę, na wszystko, co robię. Pępowina rozciągnęła się do granic możliwości, ale wciąż trzyma i chyba teraz jest czas na ostre cięcie..

piątek, 26 lutego 2010

"Brak cienia jest dowodem nieistnienia"...

Chmury, wciąż tylko chmury.. we wszystkich odcieniach szarości, od złowrogiego grafitu po śnieżną biel.
To stratusy i nimbostratusy kradną nam słońce, kradną głębię barw, kradną resztki sił.. kradną to wszystko na spółkę z pędzącym wiatrem i codziennymi opadami deszczu. Typowo angielska pogoda? Pewnie tak, dlatego nie dziwi mnie, że tyle tu programów o wyprowadzkach do Australii, Nowej Zelandii, Hiszpanii czy Włoch..

wtorek, 8 września 2009

Autonauci z kosmostrady.

Jest 5:30 nad ranem. Niby ranek, ale jedziemy przez ciemność nocy. Gdzieś daleko na wschodzie pierwsze promienie słońca przepędzają noc, a tu niebo wciąż czarne, smoliste.. Jedynie zerkając w prawo widzę, jaśniejące bladą, zielononiebieską łuną niebo, któremu daleko jednak do rumianych kolorów świtu. Dopiero, gdy po raz drugi odrywam wzrok od kierunku jazdy i patrzę w tę samą stronę, dostrzegam fakturę chmur, subtelną, grafitową koronkę, spowijającą niebo ponad czubkami drzew. Ten widok dodaje mi otuchy, dzień, który tak się zaczyna, nie może przynieść ze sobą nic złego.

Jest 5:30 nad ranem. Niby ranek, ale jedziemy przez ciemność nocy, która staje się jeszcze czarniejsza, gdy wjeżdżamy w odcinek autostrady pozbawiony latarń. Czuję, że natychmiast się odprężam, jak gdyby jazda po oświetlonych drogach wymagała ode mnie większego skupienia. Zdaje mi się, że znacznie zwolniliśmy, ale wskazówka prędkościomierza wciąż wskazuje na 90 km/h i dopiero wtedy dociera do mnie, że to nieskazitelnie równa nawierzchnia sprawia, że nie odczuwam tej prędkości. Staram się wyczuć jakąkolwiek nierówność, maleńką choćby łatę, złączenie, kamyk... ale van jedzie płynnie jak nigdy, nie napokawszy najdrobniejszej nawet przeszkody. Miękko przecinamy przestrzeń, kierując się cały czas na północ (czy też raczej - na spotkanie dnia), cortazarowscy autonauci z kosmostrady...

niedziela, 16 sierpnia 2009

"Właściwie stworzeni jesteśmy do snu, nie mamy wcale odpowiednich oganów do życia, jesteśmy po prostu rybami, które usiłują latać."
R.M. Rilke "Ewald Tragy"

poniedziałek, 25 maja 2009

Wiecie, jak wygląda Citroen Dispatch? Ja też nie wiedziałam, ale tak się składa, że już dziś takim kierowałam. Lewostronnie. A już jutro: zupełnie samodzielnie. Czyli: tylko van i ja.

wtorek, 20 stycznia 2009

Obiecałam sobie wczoraj, że nie będę się denerwować pracą. Nie udało się.

1... 2... 3...

wdech... wydech...

urlop w piątek...

urlop w piątek...

urlop w piątek...

niedziela, 7 grudnia 2008

I jeszcze jedno...

Trochę dużo tego wyszło dziś, lecz natrafiłam na coś, co warto by tu zapisać:

"Ron Weschler przypomniał mi uwagę, jaką zrobił dawny redaktor naczelny "the New Yorker" - Mr Shawn. Telewizja, powiedział on, zniszczy poważną literaturę i poważne dziennikarstwo w ten sposób, że przesuwając codziennie w gorączkowym tempie przed oczyma odbiorców tysiące obrazów i wtłaczając im jednocześnie do głowy tysiące informacji, oducza zdolności skupienia uwagi na czymś jednym przez dłuższą chwilę, Tekst więc będzie musiał być krótki jak migawka, jak błysk, jak strzał, a przez to najczęściej powierzchowny i nawet - byle jaki."

(Ryszard Kapuściński, Lapidaria II)

Zaskakujące jest to, że ta notatka liczy sobie jakieś 14 lat! Już wtedy zmiany w mediach widać były widoczne. Jednak dziś na nas największy wpływ na taki stan rzeczy, na tą faktyczną niezdolność do skupienia się, zwłaszcza na tekście, ma chyba jednak internet - oferujący świat poszatkowany milionem stron. Mózg przyzwyczaja się do przeskakiwania pomiędzy rozmaitymi witrynami i ostatecznie nie jest w stanie skoncentrować się na jednej rzeczy.

Na szczęscie dla siebie zauważam, że coraz mniej dla siebie znajduję dla siebie w sieci.

Myśli pociągowe

Świat obserwowany z perspektywy przedziału w pociągu, przestaje być zbiorem miejsc, ulega przekształceniu, nabiera ciągłości. Każde mijane miejsce osadzone jest w kontekście miejsc poprzednich i tych, które dopiero się pojawią. To już nie zbiór punktów, lecz linia ciągła. Niekończąca się rolka pejzażu...

środa, 5 listopada 2008

PS.

Anonimowego trybiku nie trzeba prosić o pomoc. Można mu po prostu zakomunikować, że zostanie na jeden dzień przeniesony do innej części machiny. W końcu czymże jest trybik, jak nie rzeczą? Trybika nie trzeba się pytać, czy może w ogóle zostać na nadgodziny; można mu po porstu zakomunikować, że, jeśli nie zrobi w ciągu dnia tego, co dla niego zaplanowano, będzie siedział tak długo, aż to wykona, by machina mogła sobie spokojnie pracować.

Ale trybik może umieć zrobić tak, żeby wyjść nawet kilka minut przed czasem :)

wtorek, 4 listopada 2008

Życie korporacyjne. Życie anonimowego trybiku w machinie, która nie dostrzega w nas jednostek, nie znając nawet naszych imion. Owszem, mogło być gorzej.

Oni potrzebują nas, a my - ich. Choć Oni chyba zapominają już, że ta relacja jest dwustronna, że, gdybyśmy nagle zniknęli (my, anonimowe trybiki), ich machina nie wytrzymałaby kilkudniowego zastoju . Zawieszenie działaności, choćby krótkotrwałe, kosztowałoby ich spore odszkodowania (nie wywiązanie się z zobowiązań). Lecz przynajmniej nie ma problemu z wzajemnym nieposzanowaniem. Obydwie strony kombinują, jak wykorzystać tę drugą tak, by samemu nie być stratnym...

Wracam do domu. Bolą mnie plecy od coraz większego ciężaru, nie robienia niczego ważkiego. Odliczam tylko godziny do końca, do powrotu, a potem wracam wreszcie, lecz już bez sił do podjęcia jakiejkolwiek aktywności. Pocieszam się, zerkając w stronę Nikona (na którego bez Dżijosranu nie mogłabym sobie pozwolić), lecz na korzystanie z niego, na życie w ogóle pozostają mi jedynie dwa dni tygodnia.

Plusy i minusy. Minusy i plusy.
Bilans ... ?

wtorek, 28 października 2008

piątek, 10 października 2008

Dekadentyzm jesienny

Zaczęło się kiedyś podczas zajęć z Bogiem-Karpiem, który bezskutecznie próbował zarazić nas swoją fascynacją Emmanuelem Kantem (fakt, iż powszechnie znany jest jako Immanuel uważał za pomyłkę). Czas stał w miejscu i prawie już uwierzyłam, że tak musi być, gdy dostrzegłam za oknem, gdzieś za dworcem górę, z wielkim, czerwonym krzyżem. Widziałam ją już wcześniej, ale najwyraźniej nigdy wcześniej chęć ucieczki nie była tak silna. Nie minęła nawet połowa wykładu, gdy spakowałam swoje rzeczy i zauważona przez wszystkich wyszłam.

Na szczycie czekał na mnie widok, którego się nie spodziewałam. Czerwone dachy Starego Miasta z ciemnym masywem kościoła mariackiego górującego nad kamieniczkami. Industrialny krajobraz stoczni i portu, a pod moimi stopami dworzec z żółto-niebieskimi składami kolejek - kolorowymi gąsienicami wygrzewającymi się na słońcu. To miejsce wiąże się z papierosowym dymem i delikatnym słońcem, przebijającym się przez chmury mlecznym światłem.

Tam po raz pierwszy uderzyło mnie uczucie bezcelowości. Patrzyłam z góry na to ludzkie mrowisko. Samochody pędzące po Błędniku. Kolejki SKM wożące dziesiatki osób. Ludzie w autobusie. W tramwaju. Wszyscy mieli jakieś swoje sprawy. Jechali do pracy, do domu, na spotkanie, na obiad. Jechali w konkretnym celu. Wszyscy dokądś zmierzali, a ja stałam zawieszona ponad tym wszystkim, nie potrafiąc nadać sobie kierunku. Byłam gdzieś poza systemem, jak zbędny tryb mechanizmu, który kręci się w kółko bez szczególnego związku z działaniem całej konstrukcji...

Dziś poczułam to samo, gdy wysiadałam z kolejki na stacji Przymorze-Uniwersytet, wyprzedzana na schodach przez kolejne osoby, dążące, dążące dokądś. I ja w tym tłumie z moim celem pozornym, chwilowym. Z chęcią ucieczki, zaszycia się z powrotem w kryjówce, z dala od ludzi, którzy nie zgubili poczucia sensu. Którzy wiedzą, dokąd zmierzają lub idą, nie zastanawiając się nad tym.

poniedziałek, 6 października 2008

Kocia hossa...



Od kilku miesięcy prześladują mnie koty. Kocięta właściwie. Zaczęło się od grudniowej miłości do Kizi-mizi. Potem w czerwcu była przyjaźń z piątką małych, wiejskich szkrabów-rozrabiaków. Tuż przed wyjazdem z pięknej, słonecznej Gdyni, ratowałam czarne nieszczęście spod kół samochodowych, które już zdążyły mu rozjechać łapkę... Calkiem niedawno trzech małych chłopców próbowało mi wcisnąć kilkutygodniowe kocię, z oczkiem zaślepionym plombą ropy. Aż do wczoraj, gdy mogłam uratować choć jedno z trójki tygodniowych kociąt.
Żadnego nie mogłam przygarnąć, choć każde skradło mi serce. A więc - żadnemu nie mogłam pomóc. 





piątek, 26 września 2008

Pochwała Stasiuka

Argument pierwszy:
"Dobrze jest przyjechać do kraju, o którym prawie nic się nie wie. Myśli wtedy cichną i stają się bezużyteczne. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. W kraju, o którym prawie nic się nie wie, pamięć traci sens. Można porównywać kolory, zapachy albo jakieś nieokreślone wspomnienia. Życie robi się nieco dziecięce i trochę zwierzęce. Rzeczy i zdarzenia coś przypominają, ale koniec końców nie stają się czymś więcej, niż są w istocie. Zaczynają się dokładnie tam, gdzie je zauważamy, i zaraz znikają, przesłonięte następnymi. Tak naprawdę pozbawione są znaczenia. Składają się z pierwotnej materii, która dotyka wprawdzie naszych zmysłów, ale jest zbyt lekka, zbyt delikatna, by mogła nam dać jakąś nauczkę."
(Andrzej  Stasiuk, Jadąc do Babadag)

Na czym polega magia tego języka? Jest jak odkurzanie starych przedmiotów, niby znanych, a jednak zapomnianych, zastąpionych przez inne, nowsze, lepsze... Jest w tym jakaś surowość, a może tylko prostota, złagodzona przez... melancholię?

Argument drugi:
"To było tak, jakby świat w tym miejscu przestał płynąć, jakby zastygł, żeby pokazać, czym jest okrucieństwo teraźniejszości, rozpięte między pragnieniem jutra a możliwością wczoraj. To było jak makijaż sześćdziesięcioletniej kobiety albo mecz oldboyów, albo stary samochód, który jedzie dumny o własnych siłach, ale nie wie, że prowadzą go na złomowisko."
(Andrzej Stasiuk, Dukla)

Gdy czytam te książki mam wrażenie, że między zębami mam ziarenka piasku, a jednak nic tu nie zgrzyta, wszystko współgra i płynie swobodnie.
A on tylko stoi z boku, w nic nie ingeruje, nie inicjuje żadnych interkakcji. Więc jego siła tkwi w bierności? Dopiero gdy się zatrzymujemy możemy tak naprawdę zobaczyć?